wtorek, 28 lutego 2017

Girl Scout Cookies!

Chyba kazdy z nas slyszal badz widzial na amerykanskich filmach dziewczynki - skautki sprzedajace ciasteczka. Sama z filmow kojarze kilkuosobowe grupki dziewczynek najczesciej w dwoch warkoczach i szarfa pelna odznak przewieszona przez ramie z torbami wypelnionymi kartonikami z ciastkami, chodzacych od domu do domu oferujac ich sprzedaz . Zawsze zastanawialam sie dlaczego jest to takie wielkie "cos" bo przeciez to tylko ciasteczka. Mylilam sie, bo owe ciasteczka sa dostepne kazdego roku TYLKO w lutym, od 3 lat mozna je zamowic rowniez online ale najczesciej kupno wyglada tak,ze sklada sie zamowienie u skautow odpowiednio wczesnie i czeka sie az do lutego gdy ciasteczka beda dostepne. Zdarza sie tez spotkac skautki ze stolikiem przy wejsciu do marketu spozywczego badz galerii handlowej lecz ja widzialam taki stolik tylko raz.
W tym roku Ciastka obchodza 100 rocznice i by to uczcic specjalnie stworzone zostaly ciasteczka typu s'mores (s'more jest to pianka marshmallow roztopiona nad ogniem polozona na kawalek czekolady pomiedzy dwoma herbatnikami), wiec od tego roku jest dostepne juz 12 rodzajow ciastek (z czego 3 rodzaje sa weganskie!)



Nie jadlam (jeszcze ;) ) wszystkich ciasteczek, ale te,ktore dane mi bylo sprobowac sa PRZEPYSZNE, nie da sie poprzestac na jednym ;) koszt takich ciasteczek to $4 za kartonik (najnowsze, s'mores kosztuja $6 od kartonika) lecz sa one warte swej ceny. Bedac juz przy pieniadzach na oficjalnej stronie Girl Scout przeczytalam, ze zarobione pieniadze pozwalaja dziewczynkom wyjezdzac na obozy i zdobywac nowe doswiadczenia.
 Ponizsze zdjecia pobralam z google images, przedstawiaja one jak wygladaja zapakowane ciastka! Az sie zrobilam glodna!




post troche inny niz zazwyczaj ale mam nadzieje,ze sie spodobal ;)
do nastepnego!

środa, 22 lutego 2017

Wizyta na pogotowiu

Post mialam w planach napisac juz dawno temu ale stwierdzilam,ze opisze wszystko,gdy sprawa bedzie juz zakonczona, tak wiec po ponad 4 miesiacach pojawia sie dzisiejszy post.

Jak sam tutul mowi podczas mojego au pairkowania niestety dane mi bylo odwiedzic pogotowie ratunkowe. Przytocze Wam dzis, co mi sie stalo oraz koszt jaki za to ponioslam.

Dnia 7 pazdziernika razem z moja hostka i Jesse poszlismy na backyard by Jesse mogl sie pobawic. Korzystajac z okazji ze dziecko bylo zajete zabawa w piaskownicy zaczelam pracowac w ogrodzie, wyrywanie chwastow itp, po chwili przylaczyla sie do mnie moja HM. Stwierdzilysmy, ze przeniesiemy pine straw (sa to wysuszone igly sosny, bardzo popularne w tutejszych ogrodach) ktore powiazane w mini snopki lezaly obok hustawki. Nie okazalo sie to dobrym pomyslem, bo pomiedzy snopkami bylo gniazdo yellow jackets (odmiana os, pochodzaca z Europy, (w ktorej wiecej nie wystepuja) zamieszkujaca polnocna Ameryke, poludniowa Afryke, Nowa Zelandie i wschodnia Australie). Wikipedia charakteryzuje owe owady jako "bold and aggressive, and can sting repeatedly and painfully if provoked" (odwazne i agresywne, moga zadlic bolesnie i wielokrotnie jesli zostana sprowokowane). Niestety My naruszajac ich gniazdo sprowokowalysmy je do ataku. Nie wiem teraz jak to wszystko opisac, bo wszystko sie dzialo tak szybko. Pamietam tylko, ze w sekunde zlapalam Jessego i trzymajac go bieglam do domu zaraz za HM. Dwa, przyczepione do naszych ubran owady wnioslysmy do domu ale po chwili zostaly one zabite. Gdy juz uznalysmy, ze jestesmy bezpieczni zaczelo sie ogladanie, kto zostal pokaszony. Na szczescie Jesse i hostka byli cali i zdrowi za to ja zostalam ukaszona kilkukrotnie, raz w reke (wewnatrzna strona reki, pomiedzy lokciem a nadgarstkiem) oraz kilka razy w noge (zaraz pod posladkiem) a, ze jestem alergikiem na jad wiekszosci owadow wizyta na pogotowiu byla konieczna, takze szybkie pakowanie sie do auta i jazda. 
Zostalam przyjeta po jakis 10 minutach od dotarcia na miejsce, zaraz po tym jak moja HM wypelnila dokumenty, gdyz ja nie bylam w stanie. Zaczelo sie od badania cisnienia, ktore mialam wtedy 180/150 i podania mi kilku lekow przez wenflon. Na pogotowiu lacznie przebywalam okolo 4 godzin 30 minut. Zostaly mi podane 2 lub 3 (nie moge sobie przypomniec) zastrzyki na paczatku, pozniej dostalam kolejne dwa, cisnienie sprawdzono mi trzykrotnie. Dwukrotnie przyszedl lekarz, raz obejrzal moje ukaszenia a drugi raz tylko zapytal stojac w progu drzwi jak sie czuje a takze kilkukrotnie weszly pielegniarki. Koniec koncow o 3pm moglam opuscic szpital.

Koszt? Tym bylam wlasnie najbardziej przerazona, bo slyszalam wiele opowiesci o tym, jak to tutaj dziala. Rachunki dostalam po jakims miesiacu od wizyty w szpitalu, jeden na $1256.25 i drugi na $790.00. Skontaktowalam sie z ubezpieczalnia,ktora kazala mi przeslac do nich wypelniony dokument z moimi danymi, o tym co sie stalo i kiedy a takze rachunki ze szpitala.
Pomimo tego,ze wykupiam rozszerzone ubezpiecznie to ubezpieczalnia nie chciala pokryc calosci i koniec koncow musialam zaplacic $500 , bol niesamowity, ale ciesze sie,ze zyje!
Cala sytuacja trwala tak dlugo, bo z ubezpieczalna kontaktowalam sie 3 razy!! Raz, jak juz wspomnialam by dowiedziec sie, co musze zrobic, drugi raz powiadomic ich,ze wszystko przefaksowalam (co pani tam pracujaca potwierdzila,ze otrzymala) , trzeci raz dzwonilam gdy chcialam sie dowiedziec dlaczego po raz kolejny otrzymalam wezwanie do zaplaty (okazalo sie,ze moich dokumentow "nie dostali" a gdy powiedzialam, ze jakis czas temu kobieta podczas rozmowy telefonicznej potwierdzila, ze dokumenty dostala to stwierdzili ze moje faksy "zostaly zgubione" i musialam faksowac wszystko jeszcze raz! Jakas kpina!!)

Na szczescie wszystko skonczylo sie dobrze, po wyjsciu ze szpitala musialam brac leki jeszcze przez kilka dni i nosic ice pack tak dlugo jak dlugo bedzie utrzymywac sie opuchlizna,ktora z reki zeszla mi po 4 dniach ale z opuchnieta noga meczylam sie dobrze ponad tydzien, bolalo mnie caly czas, bo miejsce to bylo twarde jak kamien, ciezko mi bylo siedziec, gdyz opuchlizna byla zaraz pod posladkiem, nawet przy chodzeniu odczuwalam duzy dyskomfort.

Zakoncze post dwoma zdjeciami ze szpitala ;) Jesse ma guza a na nim siniaka na srodku czola wlasnie ze wzgledu na ta akcje, bo zaraz jak wbieglam z nim do domu moja hostka chciala zamknac za nami drzwi, by rój os nie dostal sie do srodka i jakos tak wyszlo, ze nie wiem, ktora z nas (a moze drzwi?) popchnely Jessego na krzeslo i biedaczek sie uderzyl ;(



oby mi sie wiecej taka przygoda juz nie powtorzyla ;)

czwartek, 16 lutego 2017

Walentynki

Dziejszy post bedzie nieco inny, bedzie odbiegal od operkowej codziennosci czy wyjazdow, dzis napisze troche o moich tegorocznych Walentynkach i nie tylko ;)

Nigdy nie celebrowalam dnia zakochanych, ani nie mialam z kim w sumie ani nie bylam fanka tego swieta, nadal nie jestem, bo w Ameryce jest ono obchodzone z wielka przesada (to moje zdanie, nie musisz sie z nim zgadzac). Kazdy kazdemu mowi "Happy Valentines Day", nie zaleznie od tego jaka wiez laczy Cie z osoba, czy to kolezanka badz kolega, ciotka, corka a moze sasiadka. Dawanie prezentow nie tylko swojej drugiej polowce a takze dzieciom tez jest czyms normalnym, w szkole dzieci musza dac walentynki kazdemu koledze i kazdej kolezance z klasy, gdzie ja pamietam walentynke dawalo sie swojej sympatii, oprocz tego kazde dziecko musi wykonac pudelko na kartki lub slodycze,ktore dostanie od innych osob z klasy, w tym roku Ava zazyczyla sobie glowe psa z gry Minecraft i takie tez pudelko z HM zrobilam, koniec koncow tego pudelka nie uzyla i wykonala inne. Troche nie rozumiem idei swietowania Walentynek w taki sposob, bo to przeciez swieto dla zakochanych, czyli dla par, narzeczenstw i malzenstw no ale kazdy moze postrzegac to inaczej i kazdy ma prawo swietowac Walentynki tak jak mu sie podoba.
14ego lutego z rana moja hostka zaskoczyla wszystkich domownikow, bo kazdy dostal jakies slodkosci, walentynke a takze mial na drzwiach do swojego pokoju przyklejone piec serduszek, gdzie kazde z nich zawieralo jakas ceche, ktora charakteryzuje te osobe, bylo to np cos smiesznego badz bardzo milego, na moim jednym serduszku bylo napisane "really loves ketchup" :)

Ja za to upieklam ciasto w ksztalcie serca, przyozdobilam rozowym kremem i truskawkami. W sumie upieklam takie dwa, jeden dla HostRodzinki a drugi dla Przemka ;) nieskromnie powiem,ze bylo pyszne. Bedac poza domem wieczorem dostalam wiadomosc od hostki ze zdjeciem ostatniego malego kawaleczka i podpisem "delicious" ;)



Z Przemkiem ustalilismy, ze nie robimy sobie prezentow, bo zadne z nas nie lubi wymyslac, co by tu komus dac a nie chcielismy dawac sobie czegos niepotrzebnego. Koniec koncow on dostal to ciasto a ja dostalam najpiekniejsze 24 czerwone roze.
Do restauracji chodzimy czesto wiec tego dnia powiedzialam,ze chce zostac w domu i zamowic pizze (jego mina bezcenna ;) ), pokusilabym sie o miano jednej z lepszych jakich jadlam :) moze tez temu, ze od dawna chodzila za mna pizza i mialam ogromnego smaka na nia :)


Powiem Wam,ze mam najcudownieszego mezczyzne na swiecie. Nie przez to, ze wie jak uwielbiam kwiaty i mi je czesto kupuje tylko przez to jaki jest na codzien. Zycze kazdej kobiecie by przy swoim boku miala tak milego, troskliwego i kochanego faceta. Jest wiele cech, ktore moglaby mu przypisac lecz nawet zrobienie dlugiej listy nie wyrazi do konca to jaki on jest. Czuly, delikatny, lojalny, przyjacielski, potrafiacy sluchac, dobroduszny, pogodny, wyrozumialy i przede wszystkim cierpliwy... Jestem szczesciara,ze trafilam na taka wlasnie osobe.


Zycze Wam duzo milosci, nie tylko 14ego lutego ale i caly rok!

czwartek, 2 lutego 2017

18 miesiecy!

Zanim napisalam tytul dzisiejszego postu musialam sie zastanowic ile to wlasciwie jest juz miesiecy ;)
18 miesiecy, 1,5 roku...

Chcialam w styczniu wrzucic jeszcze jeden post ale nie mialam i nie mam weny, ostatnie kilka tygodni nie bylo moim czasem... passa niepowodzen, problemow i gorszych dni przyszla, i nie chce odejsc.
Nie chce pisac za duzo, bo bedzie zbyt negatywnie, ponuro i smutno. Nie chce byc przez Was postrzegana jako osoba,ktora ciagle narzeka, ale jedyne o czym marze to wsiasc w samolot i przytulic sie do mamy i przyjaciolek ;(

Dosc marudzenia, lepiej popatrzcie na zdjecia moich dzieciakow!

 Ava ma swoj fairy garden a Jesse jej tam zawsze sie psoci i przestawia :)
 Jesse udawal, ze chrapie i musialam go buziakiem obudzic - taka nasza zabawa ;)

 3 godziny meczylam sie by polozyc go spac na drzemke, nie chcial! Wiec sie poddalam, posadzilam na kanapie z mysla zrobienia mu jedzenia a on zasnal ogladajac bajke w kilka minut! Normalnie bym sie zezloscila ale jak mozna sie zloscic majac taki widok ? :)
 tutaj kazal sie swojej mamie polozyc spac z jego "babies" :)






 Bylam tez ostatnio z chlopakami na motorach, ale jednak to nie dla mnie ;)
tutaj zdjecie w drodze na wrotki! 
nikt sie nie polamal na szczescie :)

do nastepnego!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Wypad do "World of Coca-Cola"

 Jednym z najbardziej rozpoznawalnych znakow Atlanty jest potocznie zwane muzeum Coca-Coli a wlasciwie "WORLD OF COCA COLA". 
W koncu, bedac 16 miesiecy w Atlancie odwiedzilam owe miejsce (post pisany z ponad miesiecznym opoznieniem :) )
 Bilety sa stosunkowo tanie, bo $16 nie mozna nazwac jakas wygórowana kwotą ;)

Historia tego najbardziej rozpoznawalnego na swiecie napoju jest raczej powszechnie znana,ale chetnie przytocze jej skrocona wersje.
Pierwsza receptura na bazie orzechow koli i lisci koki zostala stworzona przez farmaceute z Atlanty, poczatkowo napoj byl sprzadawany jako lekarstwo lecz teraz napój z zmienioną receptura jest ogolnodostepny na calym swiecie.

Wycieczke po muzeum zaczyna sie od krotkiego opowiedzenia historii, wymienienia ważnych nazwisk i delektowania sie darmowa butelka Coli, ktora dostaje sie przy wejsciu. 
Nastepnym przystankiem jest sala kinowa gdzie puszczony zostaje film "Moments of Happiness". Dziewczyna,ktora byla naszym przewodnikiem zazartowala czy wszyscy mamy chusteczki na wypadek uronienia lez podczas ogladania, lecz ja sarkastycznie pomyslalam tylko "no, na pewno bede plakac na filmie o napoju" ale... poplakalam sie! Moze nie do konca byl to placz ale wzruszylam sie az dwa razy i czulam kilka lez splywajacych po moich policzkach ;)
Po filmie przeszlismy do okraglego pomieszczenia ktore imitowalo szklanke a projektory i dzwieki sprawialy,ze szklanka sie napelniala, po to by na koniec tego mini pokazu zobaczyc sejf, w ktorym trzymana jest receptura CocaColi. 
Nastepnym miejscem, do ktorego nas skierowali byla wystawa pokazujaca pierwsze ksztalty butelek, wyglad etykiet i to jak zmienialo sie logo, rozne reklamy czy nawet automaty w jakich mozna bylo dawno temu kupic butelke z napojem.
Kolejnym przystankiem bylo pomieszczenie,gdzie mozna bylo zobaczyc od poczatku do konca proces butelkowania napoju.
Z tego miejsca mielismy kilka mozliwosci co dalej: czekac na polarnego misia - maskotke CocaColi (nie czekalismy); isc do teatru 4D (mega polecam); isc na kolejna wystawe, taka dosc nowoczesna; wejsc do kolejnego teatru (nie weszlismy wiec nie wiem o czym byl film) badz pojsc do miejsca, gdzie mozna bylo probowac najrozniejsze smaki napojow z calego swiata, ktore zaraz przed gift shopem bylo ostatnim przystankiem. 
Wracajac jeszcze do napojow - nasluchalam sie jaki to bede miala ogromny bol brzucha probujac chociaz czesci z tego, co jest oferowane no ale sprobowalam doslownie KAZDEGO napoju i zadnego bólu brzucha nie mialam ;) nie wiem czy mam zoladek ze stali czy to inni sa tak wrazliwi ;) Nie wiem tez czy to tylko z okazji okresu przedswiatecznego ale hostessy rozdawaly CocaCole o smak czekoladownym do sprobowania ;)
Ostatnim przystankiem, tak jak juz wczesniej wspomnialam, byl gift shop gdzie znalazlo sie wszystko z motywem, logiem, kolorem, ksztaltem CocaColi. Poczawszy od magnesow, breloczkow, koszulek, bluz, figurek, pluszakow w ksztalcie misia polarnego, otwieraczy do piwa, poprzez czapki, szaliki, rekawiczki, swiateczne ornamenty na choinke, deski do krojenia, szklanki, kubki, silikonowe akcesoria kuchenne az do pizam, skarpet, kapci domowych, ogromnych butelek z logiem (wielkosci okolo 1 metra), fartuszkow kuchennych, pomadek do ust o smaku i zapachu Coli, ramki do zdjec itd! Nie sposob wymienic wszystkiego, co bylo dostepne w sklepie. 

Podsumowujac powiedzialabym, ze miejsce to nie jest czyms do czego chcialoby sie wracac w kazdy weekend ale jest to takie "must see" raz w swoim zyciu. Okreslilabym to jako interesujace doswiedczenie dla kazdego, nie tylko dla milosnikow tego "szczescia w plynie" ;)

zostawiam Wam kilka zdjec do obejrzenia a takze do uslyszenia!





















piątek, 6 stycznia 2017

17 miesiecy!

Będąc jeszcze w Polsce myslalam sobie,ze przecież rok czasu to tak długo, 12 długich miesięcy,  to przecież 365 dni. Będąc tutaj drastycznie zmieniłam swoje zdanie, bo nim sie obejrzałam minęło 6 miesiecy, potem mijały kolejne i musiałam podjąć decyzję czy przedłużam program,który jak wiecie przedluzylam, bo przecież nie pisalabym dzisiejszego postu podsumowującego 17 miesięcy w Stanach :)

Co nowego u mnie? 
Od kilku dni czuje się nostalgicznie, jestem przybita i nie mogę spać :( nie wiem, co jest powodem. Myślę że po części taki humor może być spowodowany zbliżającą się pierwsza rocznica śmierci mojego ukochanego dziadka i zabija mnie niemożność pójścia go odwiedzić chociaż na cmentarzu a do tego ostatnio w Georgii padalo, dniami i nocami, nie ma za duzo słońca i chęci do życia.
Lecz codziennie rano wstaje, bo są dwie małe istotki, ktore na mnie czekają ♡ codziennie uśmiecham sie, bo jest pewna osoba, która ten uśmiech wywołuje i bez której już chyba nie dałabym rady ♡
Widzieliście mój ostatni świąteczny post? A także Sylwestrowe zdjecia? Znajdziecie to tutaj ŚWIĘTA i SYLWESTER. Zerknijcie także na post o tym jak bardzo Amerykanie kochają Święta   :)

Teraz czas na moje dzieciaczki ;)






 Moje dzieciaki z ich kuzynostwo podczas ich świątecznego wypadu na Floryde



Ostatnio razem z HM pojechalysmy do Sweetwater Creek State Park gdzie byliśmy umowieni z hostki znajomą i jej dziecmi, było ładnie mimo ponurej, zimnej pogody, wiec wyobrażam sobie jak pięknie tam musi być gdy jest zielono!










Do nastepnego!